Przyznam sie bez bicia, ze super rzadko sie odchamiam chadzaniem do teatru. Taka ze mnie pop-owa kreatura, jak juz wyskocze z garniturka po pracy, to jakos mi sie nie usmiecha w niego wskakiwac na wieczor. Czyli regula jest taka, ze do teatru nie chodze (do mantry “a my nigdzie nie wychodzimy” albo “ty mnie nigdzie nie zabierasz” przywyklem ladnych pare lat temu, to nieodzowne i tylko pozornie sprzeczne z ”nie mam co na siebie wlozyc”). W ramach wyjatku potwierdzajacego regule, wybralem sie do Kings Theatre i kupilem sobie (no dobra – dostalem po znajomosci; co bylo dodatkowa motywacja) bilet z numerem miejsca B.11. W ramach pokuty chyba, za permanentne olewanie teatru, trafilem na cholernie ciezka sztuke. Wystawiana po Polsku. Z napisami. Jedziemy, osoby o kiepskich nerwach proszone sa o nieregulowanie monitorow.

Tak jak filmowym adaptacjom dodaje smaczku adnotacja: „based on the true story”, tak przedstawieniu “4:48 Psychosis” przydalby sie podtytul – historia prawdziwa. Autorka tego niezwykle osobistego tekstu niekoniecznie przewidzianego na teatralne deski – Sara Kane – ukonczyla go zaledwie na kilka tygodni przed samobojczą smiercią. To swoisty zapis choroby, testament, list pozegnalny. Latem 1998 roku trafia po raz pierwszy na oddział psychiatryczny szpitala Maudsley w Londynie, by po kilkunastu miesiacach nieudolnego leczenia zostac znalezioną w szpitalnym kiblu, powieszoną za wlasne sznurowadla na haku kloacznych drzwi.
“Symptomy: brak apetytu, bezsenność, brak chęci komunikowania się, brak popędu seksualnego, w rozpaczy, chce umrzeć.
Diagnoza: Patologiczny smutek”.
Spektakl w rezyserii Grzegorza Jarzyny to zapetlona podroz na egzystencjalne dno. Rozpedzona spirala beznadzieji, ktora wkreca alter ego autorki (kreacja Magdaleny Cieleckiej) do granic obledu i dalej. Zarowno industrialna scenografia jak i kazde zdanie wprowadza widza w psychodelicznie wykrzywiona atmosfere szpitala psychiatrycznego. Efekty dzwiekowe, uporczywe odliczenie i gra swiatel uwydatniaja przezywany dramat i udreke pacjentki. Brakuje jedynie smrodu lizolu.
Zycie wepchnelo niezwykle delikatna, wrazliwa, czula psychike Kane do depresyjnej betoniary i wymieszalo na tyle brutalnie, ze zostala jedynie smierc. W sztuce podaje listę leków, które przyjmuje. Setralina, 50 mg. Zopiclon, 7,5 mg. Melleril, 50 mg. Lofepramina, 70 mg, zwiększone do 140 mg, potem 210 mg. Citalopram, 20 mg. Prozac, 20 mg, zwiększone do 40 mg. Nic jednak nie bylo w stanie jej uratowac. Nad swiadomosc brutalnej rzeczywistosci, spowodowala samobojstwo. Przelamala strach i metaforycznie „rzucila sie pod nadjezdzajacy pociag”.
Tekst Kane, to wlasciwie monolog, wewnetrznie przezywana tragedia skrajnej samotnosci i maniakalnej depresji. Jednak na potrzeby teatru, dramaturgia zostala rozbudowana. I tak mamy role ojca? / lekarza prowadzacego? / ordynatora? (Mariusz Benoit), ktory pozostaje niewzruszony na jej samookaleczenie i szuka pomocy dla corki? / pacjetki? jedynie w konwencjonalnej medycynie. Jest epizod odrzucanego kolegi / pacjenta (Rafał Maćkowiak) probującego ją zrozumiec i kreacja Katarzyny Herman, czyli upragniona ale nieistniejaca lesbijska milosc. Podczas sekwencji lirycznych, kiedy podklad muzyczny „When I fall in love” (Doris Day) rozjezdza sie w narkotycznym widzie, pojawia sie na scenie dziewczynka – uosobienie dziecinnej niewinnosci. To jest jedyna, i jakze ulotna chwila “szczescia”, igraszki z samym soba z przeszlosci, ale wymuszona kombinacją stu tabletek aspiryny i jednej butelki bułgarskiego Cabernet Savingon, rocznik 1986. Czyli ewidentna proba otrucia sie przyniosla zludne i krotkotrwale ukojenie w postaci nierealnej halucynacji. Przerąbane.
Wszyscy bohaterowe uczestnicza w onirycznym spektaklu i nic oprocz ewidentnego cierpienia i desperacji nie jest tu dopowiedziane. Industrialna scenografia Małgorzaty Szczęśniak ze stołem operacyjnym, perspektywą szpitalnych sanitariatów oraz metalowo-pleksiglasową ścianą i niesamowita gra swiatel dopelniaja calosci. Samo zakonczenie zaprzecza teatralnym konwenjom. Aktorzy nie wychodzą do braw, scena pozostaje pusta, z głośników słychac cichnace, powtarzajace sie odliczanie. Zamierajacego pulsu badz ostatnich chwil zycia.
Sarah Kane ze swoją łamiącą normy i konwencje twórczością nie byla osamotniona. Od początków lat dziewięćdziesiątych w brytyjskim teatrze narasta fala nowej, gwałtownej dramaturgii, która szokuje eksperymentalną formą, wulgarnym językiem i odważną tematyką dotykającą spraw seksu, przemocy, konsumpcji. Nurt ten charakteryzuje agresywny ton nieukierunkowanej pretensji do świata, za to, że jest taki wszawy i podły. Jedynym ratunkiem dla bohaterów – oczywiście zbuntowanych i niezrozumianych – jest ucieczka od niewrażliwego otoczenia w stronę kontrkultury, halucynogenów, patologii. Działań zbrodniczych i autodestrukcyjnych. Język ich wypowiedzi jest najczęściej wybuchową mieszanką sloganów reklamowo-telewizyjnych, ulicznego slangu i przekleństw. Dobrym przykladem, ktory bardzo sprawnie przesiąkł do pop-kultury moze tu byc kultowy „Trainspotting”.
Czy taka prowokacyjna, wulgarna i wyuzdana forma jako metafora dla wspolczesnego swiata, to norma? Czy prowokacyjna sztuka jest sztuką prowokacji? Czy Sara Kane i wspolczesna jej reszta kamikadze dramaturgii to przemijajaca moda, czy trwaly kanon swiatowego teatru? Nie wiem i powiem szczerze, ze nie chce wiedziec. Repertuar „mlodych gniewnych brutalistow” skreslalem dotad niemalze dla zasady. Jednak 4.48 Psychosis udowodnila mi, ze reguly warto lamac. Polecam.
Spektakl w koprodukcji TR Warszawa i Teatru Polskiego w Poznaniu
Sarah Kane
“4.48 Psychosis”
przekład: Klaudyna Rozhin
reżyseria: Grzegorz Jarzyna
scenografia: Małgorzata Szczęśniak
muzyka: Piotr Domiński, Paweł Mykietyn, +
reżyseria świateł: Felice Ross
grafika komputerowa: Marcin Wiktorowski
Obsada: Magdalena Cielecka, Katarzyna Herman, Mariusz Benoit, Rafał Maćkowiak / Sebastian Pawlak, Waldemar Obłoza / Janusz Chabior
















